Wyżej wymieniony utrzymuje, iż jest wegetarianinem

By skrócić czas oczekiwania na kosmiczne dźwięki powstałe w ramach Akcji
Ratowania Ślimaków proponuję:

- pograć w Achtung! Die Kurve

http://www.youtube.com/watch?v=ZAWZ_ehdW-8&feature=related

- posłuchać remiksu piosenki Szofeo autorstwa Wujka SMPD*. Wersja luksus
bistro raczej daleka jest od oryginału, który wraz z resztą płyty
poznają Państwo jesienią 2010.

http://www.youtube.com/watch?v=HTKxE7Cnqfc

*Wujek Samoprodukcja

31/03/2010 dodał pat

Za chwilę dalszy ciąg programu
Nim za pośrednictwem telefonii komórkowej z dalekiej Małopolski dotarła
do nas wieść arcy radosna, w klubie Ucho w Gdyni grzaliśmy się w cieple
grupy muzyków ze Skarżyska-Kamiennej, choć aktualnie z Warszawy. Mimo,
że nie lubię rozmawiać o muzyce zespołu mjut, to tematu naszej płyty
uniknąć się nie dało. Dystans dystansem, a usłyszeć od takich co płyt
wydali pięć, że się nagrało dobry album, że się zrobiło duży postęp, to
przyjemność oraz satysfakcja. Tak, zespół happysad zna już "Akcję
ratowania ślimaków".

Tymczasem ukazujący się w Olsztynie miesięcznik o nazwie Kulturka
zamieścił spory artykuł o - jak utrzymuje autor - najbardziej
niedocenianym zespole z Warmii i Mazur. Przyznam, że artykułu nie
czytałem jeszcze, ale pewnie niedługo zeskanujemy go i udostępnimy
tutaj, bo nie każdy do Kulturki dostęp ma.

1.http://www.youtube.com/watch?v=o5rhhQbyYV0
2.http://www.youtube.com/watch?v=AJr3FOGNuwY
3.http://www.youtube.com/watch?v=m8fm3Z7jgWM&feature=fvst :)
4.http://www.youtube.com/watch?v=wBb4AgNIffI

21/03/2010 dodał pat

Normalny do Redłowa proszsz...
Zakończyliśmy. Ostatni raz pokonałem pociągiem SKM trasę z Żabianki do
Redłowa i z powrotem. Ostatnich poprawek dokonaliśmy we wtorek między
szóstą a szesnastą. Przed wyjściem ze studia brzdąknąłem parę akordów na
gitarze akustycznej, która swoim brzmieniem oczarowała mnie do tego
stopnia, że zagrałem na niej w większości piosenek, nabrałem w płuca
pachnącego drewnem powietrza z pomieszczenia w którym nagrywaliśmy i
wyściskałem się z Kubą, bo zawdzięczamy mu zbyt wiele, by go na koniec
nie wyściskać.

Piosenki mają już swoją kolejność i tytuły:

1. Białe łóżko
2. Robert naszym mistrzem
3. Najlepsza piosenka na płycie
4. Prawdziwi młodzi rebelianci
5. Do końca wszystkiego
6. Koni
7. Zorientowani na sukces
8. Akcja ratowania ślimaków
9. Szofeo
10. Miss świata piękności

Musimy się jeszcze zastanowić na tytułem płyty, a lada chwila zacznie
powstawać okładka.

W oczekiwaniu na piękną wiosnę:

http://www.youtube.com/watch?v=kl0WBdbB0L4
http://www.youtube.com/watch?v=buN4dBDRzLU
http://www.youtube.com/watch?v=woYRp5wIVeo
http://www.youtube.com/watch?v=0dfm89MdWtc

26/02/2010 dodał pat

Mam głos jak z radyjka
Prawie od samego początku i zdecydowanie do samego końca nagrywania i
miksowania staraliśmy się, żeby te studyjne działania były twórcze.
Początek był nieudany. Wbijaliśmy wyuczone wcześniej partie, by po
dziesięciu dniach z nudów niemal skonać. Dopadł nas chyba syndrom
kanapki z pasztetem *, a żar lał się z nieba i ciągle brakowało nam
pitnej wody, prawie tak bardzo jak interesującej muzyki. Ruski szampan
wieczorem na plaży nie do końca posmak pasztetu niwelował.

Właśnie zmienialiśmy koncepcję nagrywania, gdy trendy-gawiedź nawiedziła
Trójmiasto celem zobaczenia Kings of Lijon na festiwalu w Babich Dołach,
a w radio podali, że na Radiohead nie ma już miejsc w pierwszym
sektorze. Kłóciliśmy się nieco, jedni mówili to, drudzy tamto, a muzyka
czekała. Wreszcie lekko zniecierpiwiona spytała: gramy czy pierdolimy??

Odpowiednia osoba, czyli Jakub Mańkowski (realizacja, stylizacja,
produkcja, miks, dobru humor) powiedziała coś istotnego, ale nie
pamiętam co, jednak od tego momentu już do samego końca coś
kombinowaliśmy. Słucham sobie teraz tej twórczości z nadzieją, że jej
przepoczwarczenie dopiero się zaczęło. Słyszę jej słabe strony, stąd ta
nadzieja. O dobrych lepiej żeby mówili inni.

Uczucie niedosytu, gdy grasz muzykę gorszą od tej której słuchasz, to
dla ambitnych niezła motywacja. Czy jestem zadowolony z naszej płyty?
Tak.


* o syndrom kanapki z pasztetem proszę pytać Mateusza

18/02/2010 dodał pat

Mam to na swym mp3, niedługo będziesz miał to również Ty

Nagraliśmy i zmiksowaliśmy prawie. Prawie, bo jeszcze drobne poprawki,
ze dwa dni w studio i piosenki na pierwszą płytę zespołu mjut będą
gotowe. Nie warto zdradzać wszystkiego, ale:
- nagrywaliśmy od połowy czerwca do końca lipca, kiedy to skończył nam
się czas wynajęcia studia, więc miks rozpoczęliśmy dopiero w lutym,
- czasu zabrakło ponieważ zdecydowana większość piosenek już w podczas
nagrywania zyskała nowe aranżacje, ale to temat na dłuższe opowiadanie,
- indeks piosenek zawierał będzie 10 pozycji,
- jedna z nich będzie pozbawiona warstwy wokalnej, czyli tzw. wokalizy,
tym samym śmiało możemy nazwać ten utwór instrumentalnym,
- tytuł płyty nie jest jeszcze znany,
- kolejność piosenek również,
- zima srima

17/02/2010 dodał pat



"artAKCJA 2009 - dni cooltury w mieście
(20, 25-27 września, Działdowo)"


artAKCJA to impreza o charakterze przeglądu, odbędzie się w Działdowie po raz piąty. Tworzą ją prawdziwi lokalni patrioci, ludzie, którzy chcą wykorzystać wielki potencjał drzemiący w mieście. Wszyscy oni wierzą, że w Działdowie można propagować kulturę i prezentować ją wymagającemu odbiorcy, spragnionemu prawdziwie kulturalnej rozrywki. Celem przedsięwzięcia jest przede wszystkim promocja sztuki oraz wszelkich działań o charakterze twórczym.

Gwiazdą tegorocznej artAKCJI będzie zespół Happysad. Swoją obecnością zaszczycą nas również aktorzy olsztyńskiego Teatru im. S. Jaracza, w ramach cyklu „Teatr przy stoliku”. Zapraszamy również na maraton filmowy, wieczór teatralny, koncert muzyki klasycznej, a także wystawy malarstwa i fotografii. Więcej informacji na stronie www.artakcja.pl. artAKCJA 2009 dostarczy Ci tylko coolturalnych wrażeń!

ARTPLAN !

Niedziela 20.09.2009
Kościół Zbawiciela Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Działdowie przy ul. Jagiełły 28.

16.00 Rozpoczęcie artAKCJI 2009
16.15 Otwarcie wystawy malarstwa Wojciecha Cieśniewskiego pt. „Obrazy o człowieku”
17.00 Koncert muzyki klasycznej w wykonaniu nauczycieli Państwowej Szkoły Muzycznej I Stopnia im. Arno Kanta w Działdowie pod kierunkiem dyrektora Zbigniewa Ciuciasa
Piątek 25.09.2009
MDK przy ul. Jagiełły 13.

18.00 Maraton filmowy
„Powrót” - reż. Andriej Zwiagincew, Rosja 2003, 105 min.
„4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni” - reż Cristian Mungiu, Rumunia 2007, 103 min.
„Siódma pieczęć” - reż. Ingmar Bergman, Szwecja 1956, 96 min.
Prowadzenie: Marcin Leszczyński.

Sobota 26.09.2009
Sala widowiskowo-sportowa Gimnazjum Nr 2 przy ul. Sportowej 1.

19.00 Koncert
wejście od godz. 18.00

mjut
Happysad
Prowadzenie: Prowadzący ;)

Niedziela 27.09.2009
Ratusz miejski na pl. Mickiewicza.

15.00 Otwarcie wystawy fotograficznej pt. „Fotograf przyjechał”
Wprowadzenie: Wojciech Wółkowski.

15.30 Spacer po działdowskim rynku
Przewodnik: Marian Andrzej Odachowski.

16.00 „Teatr przy stoliku”

Klub „La Cosa Nostra” przy ul. Sportowej.

19.00 Wieczór teatralny
Teatr HaliBut z Warszawy - Spektakl „Się Kochamy” Murray'a Shisgala
Teatr Tańca Vogue z Gryfina - Spektakl „Al-e-one”
21.00 Podsumowanie artAKCJI 2009 w rytmach muzyki klubowej
Telefunken

11/09/2009 dodał marcin

"Zimo precz!"

Niewiele się dzieje u nas i zimno, choć w Gdańsku zimą trochę cieplej jest niż w pozostałej części Polszy. Zgubiłem niedawno rękawiczkę, co prawdopodobnie oznacza, że zima wkrótce odejdzie. Opcjonalnie - że będzię mi marzła lewa dłoń :)

Miesiąc lutek upływa nam pod znakiem komponowania i aranżowania nowych piosenek. I tak oto mamy dwie szybkie i jedną taką średnią :) Ich aranżowanie zajmuje nam dużo czasu, bo im dłużej gramy, tym trudniej jest samych siebie aranżacją zadowolić, dlatego póki co, proste metrum cztery czwarte popadło w niełaskę.

W aranżowaniu - przynajmniej w naszym zespole tak jest - fundamentalną rolę odgrywa perkusja, bo to rytm najbardziej pchnie nowy utwór w pewnym kierunku. Motoryka jest bardzo ważna. I tak zazwyczaj ja wymyślam coś w domu na gitarze i mam już wizję, jak to mogłoby zabrzmieć, lecz na próbie Sam zwykle burzy ją jakimś połamanym rytmem, a potem wzrok kierujemy na Mateusza i czekamy na jego basową odpowiedź na nasze starania. Jeśli Mateusz ma dobry dzień, to potrafi nas totalnie zaskoczyć, tak jak ostatnio, wymyślając bardzo oryginalną linię basową, dzięki której jednen z nowych pomysłów znacznie zyskał na zacności. Na Marcina zwykle musimy poczekać nieco dłużej, ale z doświadczenia wiemy, że czekać warto. Na koniec melodia i tekst - wyznaję zasadę, że każda aranżacja posiada swoją optymalną linię melodyczną i usiłuję się do tego ideału zbliżyć, co jest czasochłonne, a na dodatek nigdy nie mam pewności, że wersja ostateczna jest wersją właściwą. Więc sobie gram temacik, podgrywam i czekam aż się talent do mnie uśmiechnie. Z tekstami podobnie, tylko staram się wersy spisywac na bieżąco, a później dopasować do tego co stworzyłem już z chłopakami. Jedno jest pewne - z melodią i ze słowami nie należy się spieszyć.

Jedna piosenka melodię już ma, brakuje jej tylko słów, a pozostałe nie są jeszcze tak kompletne, ale posiadają swój obiecujący szkielet. Wszystko wskazuje na to, że już wkrótce żywo zainteresują się nimi media :)

http://www.photoblog.pl/niebedejulia/14234454/zimo_wypierdalaj.html

Odrobina dobrej muzyki z tropikalnej wyspy:

http://www.youtube.com/watch?v=T6Fj7T8vtM0

26/02/2009 dodał pat

"Spotkanie"

W krakowskim kinie ARS, które znajduje się nieopodal rynku i w którym jedna z sal mieści zaledwie 30 widzów, posiada balkonik i kawiarenkę, a w połowie filmu jest przerwa na zmianę szpulki, obejrzałem niedawno godny polecenia film.

Opowiada o wykładowcy jednego z amerykańskich uniwersytetów, który wiedzie poukładane, ale monotonne życie o czym przekona się się jednak dopiero wówczas, gdy w nietypowych okolicznościach pozna parę emigrantów - syryjczyka i afrykankę. Ich skomplikowana sytuacja życiowa skłoni go do działań, o które prawdopodobnie on sam by siebie nie posądzał. Na co dzień powściągliwy w okazywaniu uczuć i niezbyt skłonny do pomocy angażuje się bardzo w pomoc obcokrajowcom, robiąc wszystko, by choć trochę poprawić ich beznadziejną sytuację. W nagrodę otrzymuję coś bardzo cennego...

Film bez fajerwerków, ubogi w wydarzenia, ale na tym jego urok polega. Zwraca uwagę znakomita, moim zdaniem, rola pierwszoplanowa.

U nas też bez fajerwerków. Przygotowujemy się do nagrań, więc w najbliższym czasie nie planujemy publicznych wystąpień, ale nadrobimy to.

A na koniec muzyczna pocztówka z Japonii z tybetańską flagą w roli głównej.

http://pl.youtube.com/watch?v=fSpJEuNZxIk

26/01/2009 dodał pat

"Wierzbo płacząca, dlaczego płaczesz...

...czy jesteś smutna, czy mi wybaczysz?" Tak zaczynał się wiersz, który napisał przed laty dwunastoletni Marcin Świątek, obecnie gitarzysta zespołu mjut. Wierszyk ten przypomniał sobie w drodze na kolędowy występ w Księżym Dworze, koło Działdowa. Pod koniec minionego roku powodów do wspomnień z dzieciństwa mieliśmy wiele, bo od bardzo dawna nie spędziliśmy w rodzinnym Działdowiątku aż tyle czasu.

A spędziliśmy go grając głównie, bo kilka miesięcy temu wymarzyliśmy sobie trasę kolędową w rodzinnych stronach. Przygotowania od strony organizacyjnej, logistycznej, muzycznej i technicznej trwały ponad miesiąc, a całość otrzymała nazwę "Kolędy z przesłaniem" w ramach akcji Hospicjum to też życie (www.hospicja.pl). Ostatecznie mjuto-kolędnicy zagrali w siedmiu szkołach, w Domu Dziecka, ośrodku dla dzieci i młodzieży niepełnosprawnej, w dwóch klubach oraz działdowskim zamku, podczas posiedzenia rady miasta. Łącznie trzynaście koncertów. W sześć dni!

Pierwszego dnia zaczęliśmy w sali Gimnazjum nr 1 (była szkoła Dawida i Marcina), a potem dwa razy zagraliśmy dla dzieci w Szkole Podstawowej nr 3 (tutaj uczyłem się ja i Mateusz). Trzeba było się bardzo spieszyć, by wszędzie zdążyć na czas - transport, rozstawienienie sprzętu, podłączenie aparatury (jeździliśmy z własnym nagłośnieniem), próba, występ, składanie sprzętu, pakowanie do samochodu i szybko do następnej szkoły. A do tego wszystkiego doszedł nieprzewidziany ale przyjemny obowiązek, którego planując trasę w rozpisce godzinowej nie uwzględniliśmy - podpisywanie autografów. Okazało się bowiem, że pod naszą nieobecność zespół mjut zyskał wśród młodzieży z rodzinnego miasta duże uznanie :) A jedna dziewczynka w podstawówce zapytała Marcina "czy mogę pana przytulić?".

Drugi dzień to kolędowa pobudka dla licealistów z tzw. nowego ogólniaka na ul.Polnej. Sala gimnastyczna wymagające była pod względem akustycznym okrutnie. Potem wspomniany Księży Dwór, gdzie dzieci i młodzież gimnazjalna bawiły się najlepiej, śpiewając z nami "Wśród nocnej ciszy" tak głośno, że aż nas zagłuszyła. Następnie Gimnazjum w Burkacie i pierwsze oznaki zmęczenia, a na koniec dnia wieczorny występ w Domu Dziecka w Kowalewie koło Mławy, gdzie największe wrażenie wywarła na mnie Nikolcia- mała gwiazdeczka, bardzo wdzięczne i kontaktowe dzieciątko :)

Dzień trzeci - Warsztaty Terapii Zajęciowej (odnotowano śpiewy i tańce :), Gimnazjum nr 2 (odnotowano meksykańską falę) i tu się zatrzymam na chwilke, bo w sali gimnazjum zagraliśmy najlepszy ze wszystkich koncertów. Salę tam mają widowiskowo-sportową, więc wygłuszoną i tamtejsza młodzież zdawała się słuchać nas naprawdę uważnie, więc zagraliśmy najlepiej jak potrafimy. Na zakończenie trzeciego dnia był występ w Klęczkowie, gdzie nasze granie stanowiło część szkolnych jasełek, a kolację po koncercie w pamięci mamy do dziś :)

Czwartego dnia zagraliśmy już tylko raz, w zaprzyjaźnionym klubie Jędruś w Lidzbarku koło Działdowa. Tam już połączyliśmy akustyczne kolędowanie z zupełnie normalnym repertuarem.

Przygotowania do następnego koncertu, w klubie Cosa Nostra w Działdowie, zaczęły się dla nas od samego rana, bo klub, mimo że jest duży, to niestety nie posiada sceny i koncertowego nagłośnienia. A my chcieliśmy, żeby to jakoś brzmiało i wyglądało, więc trzeba było wszystko do klubu przywieźć, rozstawić i podłączyć, ale efekt był zadowalający, a poza tym słuchacze nas nie zawiedli stawiając się w klubie w liczbie przewyższającej znacznie nasze prognozy. Wiele osób znało i śpiewało słowa - co cieszy, co wzrusza :) Dziękujemy!

Ostatni występ - świąteczno-noworoczna rada miasta Działdowo. Zagraliśmy cichutko i na tyle fajnie, że odnotowano przypadki gęsiej skórki i łez w oczach wśród radnych, a po występie przyszedł do nas Pan Burmistrz, osobiście pogratulował sukcesów i życzył powodzenia.

Ostatnia zwrotka wiersza małego Marcina -

"chmury zagłady okrywają świat, czy to tylko śmieci czy to tylko ja...?"

Pozdrowienia! :)

PS. W zakładce media niebawem powinna pojawić się obszerna galeria z naszych kolędowych wojaży.

14/01/2009 dodał pat

Pierwszy teledysk i kolędowa rozgrzewka w kuźni

W miniony łikend nie narzekaliśmy na brak zajęć. Do Trójmiasta przyjechała bowiem dwuosobowa ekipa filmowa, by nakręcić nasz pierwszy teledysk do piosenki "Zorientowani na sukces". Wraz z filmowcami zdecydowalismy się na dość archaiczną już i rzadką przez to, ale ciekawą technikę kręcenia kamerą 8mm. Wyszliśmy również z założenia, że pierwszy teledysk powinien pokazywać przede wszystkim nas i temu podporzadkowany został scenariusz, który objął szereg miejsc w Gdańsku i Sopocie. Reszty nie zdradzę, no bo sobie Państwo zobaczą prawdopodobnie w styczniu efekt końcowy. Dwa łyki statystyki -nakręciliśmy łącznie 16 minut materiału do niespełna trzyminutowej piosenki. Zużyliśmy 6 puszek taśmy, a najbliższy punkt, w którym wywołać można taką taśmę mieści się (ho,ho!) w Berlinie. Kręcenie zajęło nam około 10 godzin, a część zarejestrowana została już podczas naszego występu w Stodole przed happysad, 16 października.

A w niedzielne popołudnie pojechaliśmy do Kuźni Wodnej w Oliwie, by po raz pierwszy w tym roku zagrać kolędy. Miejsce było bardzo nietypowe, bo kuźnia jest jedynym muzeum techniki w północnej Polsce. Znajduje się w niej potężny młot do kucia stali poruszany przez wodę. Drewniane ściany i spadzisty dach zapewniały doskonała akustykę, więc grało nam się elegancko, choć było zimno, a bliskość wody uczucie chłodu potęgowała. Jesteśmy pełni uznania dla słuchaczy, którzy przybyli na ten występ, bo droga była daleka i przez las wiodła.

Na koniec coś wzruszającego do poczytania. Autorem jest Pan Latawiec, czyli Łukasz Cegliński - gitrzysta happysad.

(punkt czwarty dotyczy mjutu) http://www.panlatawiec.pl/czytaj.php?id=89

Dużo zdrowia!

14/12/2008 dodał pat

Tour de Powiat

Trzy lata temu wpadliśmy na pomysł, by przygotować aranżacje kilku kolęd, nauczyć się ich i zagrać, w ramach promocji, w kilku szkołach w Działdowie, bo wtedy jeszcze w Działdowie mieszkaliśmy. Z kilku szkół szybko zrobiło się kilkanaście, a doszły jeszcze przedszkola oraz Dom Dziecka w Kowalewie koło Mławy, Towarzystwo Przyjaciół Dzieci i Warsztaty Terapii Zajęciowej (dzieci i młodzież niepełnosprawna). W ten sposób graliśmy przez cały grudzień do świąt, prawie dwadzieścia występów, czasem cztery razy dziennie = mnóstwo wrażeń!

W ten sposób dowiedzieliśmy się między innymi, że najgrzeczniejsze dzieci są w Szkole Podstawowej w Petrykozach, a najsmaczniejsze ciasta pieką w Turzy Wielkiej :) Występy w przedszkolach obarczone były sporą dozą ryzyka, bo maleństwa jeszcze nie były przygotowane na taką ilość decybeli i często zatykały uszy robiąc przy tym czasem takie miny, że z trudem zachowywaliśmy powagę. Ale było bajerancko! W jednym z przedszkoli Marcin zlokalizował swoją niegdysiejszą szafkę na kapcie! Panie przedzkolanki też pozostały te same :) Zasypanymi śniegiem drogami jeździlismy od szkoły do szkoły.

Zupełnie innym przeżyciem była wizyta w Domu Dziecka. Młodsze dzieci były zachwycone, że ktoś je odwiedził. Najpierw pomogły nam wnieść sprzęt. Największe poruszenie wywołała perkusja (pamiętam minę rozczulonego Sama, bezradnie rozkładającego ręce, gdy nagle dzieci zaczęły uderzać we wszystkie bębenki i talerze. Ale reszta zespołu też nie miała z dzieciakami lekko). "Nazywam się Zosia i nie jadłam dziś kolacji" - zwróciła się do mnie mała dziewczynka, ciągnąć mnie za nogawkę. Na pytanie 'dlaczego' odpowiedziała - "bo była bzytka"... Sam koncert nie wywołał już wśród podopiecznych tylu emocji co fakt, że ktoś zechciał je odwiedzić. W drodze powrotnej z Domu Dziecka w Kowalewie w samochodzie panowała cisza.

Dwa lata temu nie było możliwości, by przygotować kolędowe występy (byliśmy w Gdańsku zbyt krótko i nawet nie mieliśmy sali prób). Rok temu zabraliśmy się za to zbyt późno, ale teraz już nic nas nie powstrzyma, by znowu ruszyć w Tour de Powiat. Klęczkowo, Księży Dwór i inne szkoły już czekają. I my też czekamy! Zaczynamy 17 grudnia!

29/11/2008 dodał pat

Od Nowa

Mieliśmy dużo szczęścia, bo nasz pierwszy koncert w pięknym Toruniu miał miejsce od razu w klubie Od Nowa - reprezentacyjnej scenie tego miasta.

Podróż minęła nam bardzo szybko, bo okazało się, że mamy w kraju prawdziwe, najprawdziwsze autostrady. Takie że jedziesz i nie zatrzymujesz się jeśli nie chcesz, dajmy na to na światłach, czy torach kolejowych. Właśnie taką prawdziwą autostradą dotarliśmy do sennnego Torunia. Sennego, bo zaczynał się długi łikend.

Najpierw ulokowaliśmy się w hotelu, a stamtąd pieszo poszliśmy na starówkę i nad Wisłę, którą Dawid kiedyś w okolicach Warszawy, z niebywałą pewnością w głosie, nazwał zbiornikiem retencyjnym i był w skłonny kłocić się z nami, że ma rację :)

W klubie zameldowaliśmy się o 16. happysad przyjechali pół godziny później. Próby przebiegały sprawnie, choć musieliśmy zmierzyć się z dousznym systemem odsłuchowym, a to jest zupełnie inne granie, zupełnie inna słyszalność na scenie. Z jednej strony komfort, a z drugiej to nie jest łatwo przyzwyczaić się do grania ze słuchawkami w uszach. Jednak taki był tego dnia wymóg. Gdy kończyliśmy próbę wpuszczono publiczność. Ci którzy założyli sobie, że koncertu chcą wysłuchać spod samej sceny odległość od drzwi wejściowych do barierek pokonali sprintem.

Chwilę przed występem podarowaliśmy zespołowi happysad prezent w postaci pysznego tortu makowego z napisem 'Długa Droga Tour' (autorstwa mamy Marcina). Był to jeden z najprzyjemniejszych momentów tego wieczoru. Przyjemnością była też możliwość zagrania dla toruńskiej, bardzo życzliwie reagującej publiczności, która klub wypełniła po brzegi. happysad zagrali 2,5-godzinny koncert z piorunującym początkiem i bardzo fajnym zakończeniem. Ciekaw jestem czy my potrafilibyśmy grać przez dwie i pół godziny bez przerwy. Kondycyjnie moglibyśmy nie wytrzymać.

Jeszcze nam było mało towarzystwa happysad, więc przy śniadaniu ucięliśmy sobie długą pogawędkę o życiu i nie tylko :)

Jeszcze raz dziękujemy całej ekipie happysad, razem z techniką, obsługą sceny i managerem przede wszystkim za życzliwość, pomoc i dobre słowa.

11/11/2008 dodał pat

After Stodoła

Wyruszyliśmy wcześnie, więc ktoś musiał zaspać. Tym razem na mnie padło, ale koledzy zareagowali prawidłowo nie wypominając mi spóźnienia (być może tylko odłożyli to w czasie :) i wynosząc mój sprzęt na górę, zanim dotarłem do sali prób. Bus już czekał.

Po drodze do Warszawy tradycyjnie już zahaczylismy o Działdowo, gdzie domowymi przysmakami napełniliśmy brzuchy. Dalsza podróż minęła szybko.

Pierwszy raz zagraliśmy w Stodole w listopadzie ubiegłego roku. Był to półfinał konkursu Młode Wilki, a finał odbył się miesiąc później. Nasz trzeci raz w tym legendarnym klubie też był udany. Gdy dotarliśmy obsługa kończyła montaż nagłośnienia, a w środku czekały na nas luksusy w postaci garderoby zaopatrzonej w kanapki i napoje.

happysad to dla mnie zespół zjawiskowy. Zapełnia niemal wszystkie sale koncertowe, w których się pojawia, a jednocześnie prawie nie istnieje w mediach. Fantastyczne jest to, że swoją szczerą, radosno-smutną muzyką, bez konieczności suszenia zębów w tiwi zarazili już tak wiele osób. W Stodole był komplet, czyli prawie dwa tysiące słuchaczy.

Jesteśmy zadowloleni z naszego występu, bo daliśmy z siebie wiele i bardzo zadowoleni z całej wyprawy, ze spotkania z happysad, bo oni nas traktują jak kumpli. Tą są ludzie, którzy nawet gdyby chcieli przez chwilę zachowywać się jak gwiazdy, to chyba nie potrafiliby. Pod koniec swojego występu zadedykowali nam jedną z piosenek!

Następne spotkanie z happysad ich publicznością w Toruniu, 8 listopada. Tymczasem w zakładce media są już zdjęcia ze Stodoły wykonane przez Martę Ceremugę.

Pozdrowienia!

21/10/2008 dodał pat

Na jesień polecam Państwu...

...muzykę artystów z Islandii, bo jest na tę porę idealna. Ograniczę się tylko do dwóch płyt, za to jakich..



W 2002 roku Sigur Rós, jeden z naszych ulubionych zespołów (w przypadku Marcina zdecydowanie "najulubieńszy"), wydał album zatytułowany po prostu "( )" - osiem piosenek bez oficjalnych tytułów, skomponowanych podczas trasy koncertowej promującej album wcześniejszy. Całość zagrana w bardzo wolnych tempach i zaśpiewana w "języku nadziei" - nieistniejącym, wymyślonym przez zespół.

Płytę dzielę na dwie części. Pierwszych czterech piosenek jeszcze bez skrajnego wzruszenia da się wysłuchać. Są wdzięczne, bardzo przestrzenne, a harmonia, wyszukane dźwięki zagrane na gitarze i klawiszach oraz wyśpiewane charakterystycznym głosem melodie tworzą nastrój, który przywołuje mi na myśl wschód słońca.

http://www.youtube.com/watch?v=VqoLDc_7nLQ

Od utworu numer pięć zaczynają dziać się rzeczy najpiękniejsze, wyjątkowo wzruszające i, bez jednego niepotrzebnego dźwięku czy uderzenia, trwają aż do końca albumu. Harmonia staje się cięższa, melodie bardziej smutne, a niepokój narasta strasznie powoli, aż do naprawdę porażającego zakończenia.

http://www.youtube.com/watch?v=z8jmLec_wEc

"( )" to według mnie i Marcina najlepsza płyta w dyskografii Sigur Rós i jedna z najlepszych jakie znamy. Będzie nam miło, jeśli ktoś z Państwa po nią sięgnie.

Czwarty studyjny album zespołu mum zatytułowany "Summer Make Good" jest bardzo bogaty w warstwie rytmicznej. Bardzo mi się podobają gęste i bardzo pomysłowe rytmy w połączeniu z dużo mniejszą ruchliwością pozostałych instrumentów i wokali. A skoro mowa o wokalach - są tak delikatne, miękkie, szeptane, że niemal dziecinne. Do tego ludowe instrumenty i zjawiskowe melodie, również o lekko ludowym zabarwieniu, jakby wzięte z islandzkich kołysanek.

Niesamowity jest szósty na liście utwór "Sing Me Out the Window", ale płyta rozpoczyna się chyba jeszcze lepszymi "Weeping Rock, Rock" (http://www.youtube.com/watch?v=SfQ_fm2CYXQ) i "Nightly Cares". Pod koniec albumu jest jeszcze "Oh, How The Boat Drifts" (http://www.youtube.com/watch?v=LT5Ni1RXeoI).

Sigur Rós i mum brzmią inaczej, a wspólnym mianownikiem jest ten chłodny, melancholijny, stuprocentowo islandzki klimat. Jeśli mówi się, że nikt nie zagra bluesa tak jak murzyni, to w przypadku muzyki nastrojowej to samo można powiedzieć o islandczykach.

Miłego słuchania!

08/10/2008 dodał pat

Dwa lata temu...

...przyjechaliśmy do Gdańska. Pamiętam, że do ostatniej chwili, do momentu wyjścia na pociąg nie docierało do mnie, że Działdowo będzie przez nas teraz już tylko odwiedzane. Że teraz grać, "śmiać się i płakać będziemy gdzie indziej".

wakacje poprzedzające wyjazd były cudowne i absolutnie beztroskie. W fabryce butelek, gdzie mieliśmy salę prób graliśmy czasem dwa razy dziennie. Marcin i Dawid przyjeżdżali do fabryki na swoich 'kozach' - wielkich czarnych i zupełnie archaicznych rowerach, a ja z Mateuszem docieraliśmy przez działki i pole. Pamiętam, że gruntownie zmieniliśmy wtedy aranżacje wszystkich piosenek, Mateusz szybko nauczył się wydobywać dźwięki z gitary basowej, a pod koniec wakacji zajęliśmy się komponowaniem muzyki do wspólnego występu z teatrem.

Po próbach zwykle się nie rozstawaliśmy, tylko łaziliśmy i gadaliśmy. Temat wyjazdu do Gdańska pojawiał się często, ale dość szybko gasł, bo żaden z nas nie miał o nim większego wyobrażenia. Ważyły się losy Mateusza, czy będzie mógł pojechać tam z nami, bo dla niego zmiana otoczenia była najmniej oczywista (grał w mjucie dopiero kilka miesięcy), najbardziej kłopotliwa i wymagająca większego poświęcenia.Typowy wakacyjny dzień kończyliśmy późno w nocy kupując gorący chleb z piekarni. Chciałbym, żeby tak kiedyś jeszcze było. Chociaż przez tydzień.

Wakacje zakończyliśmy zwycięstwem na festiwalu w Kętrzynie i wspomnianym już występem z teatrem w sali MDK. Gdy publiczność biła nam brawo wiedzieliśmy, że to już koniec jest.

Ale nie przypuszczaliśmy, że będzie tak ciężko. Że sali prób w Gdańsku będziemy szukać prawie trzy miesiące, a pracy jeszcze dłużej. Że Mateusza nie będziemy widzieć przez pierwszy miesiąc ani razu. Byliśmy wtedy zupełnie zagubieni. A najbardziej męczyła nas myśl, że nie gramy, a po to tu przecież przyjechaliśmy..

Nie pamiętam kiedy po raz pierwszy poczuliśmy się naprawdę swobodnie. Nad morze pierwszy raz pojechałem chyba po dwóch miesiącach. Któregoś listopadowego dnia przyszedł mejl od Piotra Kaczkowskiego. Napisał, że naszą piosenkę wybrał na swoją składankę. Zadzwoniłem do chłopaków, którzy właśnie roznosili ulotki. Bardzo tego wtedy potrzebowaliśmy... A kilka dni później przyszła wiadomość, że zagramy w klubie Ucho przed Heyem i że dostalismy się na rockowy festiwal w Mławie. Sala prób musiała się znaleźć. Na nasze ogłoszenie odpowiedziała jedna osoba. Sala okazała się być nieotwartym jeszcze pubem dla panów lubiących panów oraz pań lubiących panie.

Od tamtego czasu dwukrotnie zmienialiśmy salę prób, ale najtrudniejszy czas był już za nami. Wreszcie jakieś uśmiechy się pojawiły i nowe pomysły na muzykę. Przyszła wiosna i wiedzieliśmy już jak dojechać z Oruni na Suchanino oraz jak w godzinach szczytu ominąć ulicę Słowackiego.

Teraz jest już naprawdę nieźle i czuję się w obowiązku doceniać to co mamy. To że rzadsze próby są spowodowane brakiem czasu, a nie brakiem sali prób i o ile lepiej mieć problemy w pracy niż mieć problemy z jej znalezieniem.

PS. Wysypał nam się kolejny, już czwarty lub piąty w ostatnim czasie koncert. Tym razem nie zagramy w Warszawie, podczas święta Politechniki, bo organizator pomylił zespół mjut z Działdowa z zespołem MUTE z Warszawy :) To nam uświadamia, że jeszcze trochę pracy przed nami :) Ale zła passa już niedługo się skończy.

04/10/2008 dodał pat

Cztery lata temu...


...szedłem w dół ulicą Górną w Działdowie i usłyszałem spod ziemi muzykę. Pomyślałem, że to mogą grać Ci chłopcy, których poznałem niedawno.

Byli to Marcin, Dawid i Kamil. Przyszli na łąkę obok mojego osiedla, gdzie razem z kolegą Mateuszem, ku zdziwieniu mieszkańców osiedla, przez całe wakacje graliśmy na gitarach i śpiewaliśmy. Okazało się, że trzej przybysze niedawno założyli zespół, że muzyka jest dla nich ważna i że w związku z tym marzą o tym i o tamtym.

Kolejny raz spotkaliśmy się w kawiarni Klubowej podczas koncertu zespołu Amuse Me. Na wszelki wypadek i 'gdybyś miał ochotę wpaść do nas na próbę' wymieniliśmy się numerami.

Napisałem esemesa, gdy byłem na tej Górnej. Muzyka ucichła i po chwili w drzwiach kamienicy zobaczyłem znajome twarze. Zaprosili mnie do swojej sali prób, która okazała się piwnicą, a właściwie piwniczką dość zawilgoconą. Wymiary - niewarygodne - 2 na 3 metry, a wysokość taka, że nie można było stanąć w pozycji wyprostowanej. W środku było duszno, tylko maleńkie okienko i wiatraczek ratowały krytyczną sytuację.

Nazajutrz siedemnaście nieodebranych połączeń, Marcin dzwoni i zaprasza na próbę z gitarą. Nie wahałem się, bo taki zapał mieli i chyba uważali, że się znam na muzyce, bo do szkoły muzycznej chodziłem.

Tylko na początku czułem się trochę nieswojo. Spróbowaliśmy zagrać i w pewnym momencie coś zabrzmiało, zrobiło się fajnie. Wszyscy usmiechnęliśmy się jednocześnie. Tak powstał zespół mjut.


* w tym krótkim opowiadanku, by go nie zagmatwać, pominąłem Kasię, która śpiewała z nami krótko w dusznej piwnicy. Kamila, po półtora roku później zastąpił Mateusz (ten z łąki :)

** a oto pierwsze zdjęcie i pierwszy wywiad. Pasuje jak ulał do tego co napisałem :) Od lewej: Kamil, Marcin, Kasia, Dawid i niżej podpisany.

http://www.wm.pl/Index.php?ct=dzialdowo&id=729049

16/09/2008 dodał pat

Baj de łej


Jeśli chodzi o koncerty, to jesteśmy zachłanny mjut. W praktyce oznacza to między innymi, że jeśli zostaniemy zaproszeni do udziału w jakiejś imprezie, a nie możemy z tego zaproszenia skorzystać, to czujemy się tak, jak byśmy coś bezpowrotnie stracili. Albo jakby następne zaproszenia miały już nigdy nie nadejść... :)

Wszystko dziać się miało we wrześniu. Najpierw przepadł koncert w Działdowie, w ramch trzydniówki kulturalnej zwanej artAkcją (koncerty, projekcje filmów, wystawy), która na poczatku września co rok odbywała się w naszym rodzinnym mieście. Mam sentyment do tego wydarzenia, bo było chyba najbardziej odczuwalnym, a jednocześnie jednym z bardzo niewielu kulturalnych zrywów w mjuto-miasteczku. Sentyment nie minął nawet wówczas, gdy ktoś uznał, że nasz udział w jednej z edycji powinien ograniczyć się do rozklejenia plakatów :) Za to czynny udział wzięliśmy w pierwszej edycji artAkcji, grając koncert w Domino - dyskotece, w której kilka miesięcy wcześniej zagraliśmy swój pierwszy koncert. Ale to inna historia. Tegoroczną artAkcję odwołano. Szkoda. Myślę, że trochę osób na nią czekało.

Dni Wilna w Gdańsku właśnie trwają. Duże, trzydniowe wydarzenie, podczas którego zaproszeni do Trójmiasta wiodący litewscy twórcy prezentują swój dorobek artystyczny w dziedzinie muzyki, fotografii i malarstwa. I my mieliśmy tym litwinom wtórować prezentując na Targu Węglowym swoją twórczość. Mieliśmy, ale bez basu nie będzie wypasu, a tego dnia Mateusz musiał być świadkiem na ślubie. Z tego samego powodu musieliśmy zrezygnować z udziału w odbywającym się właśnie teraz festiwalu Generacja w Koszalinie. Szkoda, bo ostatnio pojawiła się w nas chęć kontynuowania wątku festiwalowego (mimo, że nie raz już przyrzekaliśmy sobie - 'nigdy więcej'). Mówiliśmy o tym trochę w wywiadzie, który ukazał się na stronie Stodoły.

http://www.stodola.pl/klub/?news=327

Pozostaje nam czekać na jesienne koncerty z happysad oraz mieć nadzieję, że młoda para nie zrobi nas w konia i będzie żyła razem długo i szczęśliwie :)

09/09/2008 dodał pat

Ucierpiałem jako słuchacz...


...bo graliśmy w te wakacje częściej niż we wcześniejsze. Najpierw trzeba było odpuścić sobie festiwal w Węgorzewie, bo w tym samym czasie Dźwigaliśmy Muzę w Gdańsku. A tam był w tym roku Hatifnats, Waglewscy byli no i przede wszystkim Nosowska solo, a według mnie płyta Kasi (UniSexBlues) jest najlepszą polska płytą od dawna do teraz.

Jarocin w tym roku był dla mnie mniej atrakcyjny, ale za to nieobecność na OFF Festivalu to już duży grzech. Grzech usprawiedliwiony, bo wówczas z mjutantami podbijaliśmy Szwecję :) A w Mysłowicach był Mogwai, Hey, Czesław zaŚpiewał i Waglewscy.

Jeszcze muszę dodać, że gdy graliśmy w Działdowie, to tego samego dnia do Gdańska przyjechał Czesław.

A na nieobecność na tym koncercie usprawiedliwienia nie mam.

http://www.youtube.com/watch?v=QZ1fXhI6RmQ

Niesamowite.
Chyba w muzyce właśnie o to chodzi...

02/09/2008 dodał pat

mjut w Basenie


Centralny Basen Artystyczny w Warszawie był niegdyś krytą pływalnią, a obecnie jest miejscem koncertów, wystaw i innych wydarzeń artystycznych. Jest, jak mówią, bardzo 'OFF', cokolwiek to musi oznaczać, ale to słowo pasuje do CBA jak ulał :)

W minioną niedzielę tam właśnie zagraliśmy koncert. Znów dobry, za co znudzonych i zniecierpliwionych tym, że ostatnio tylko wysoko oceniam nasze występy, przepraszam.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy jadąc z Gdańska do Warszawy nie skręcili do Działdowa, gdzie wpisaliśmy się do księgi w bibliotece miejskiej i zjedliśmy domowy obiad (czy mogłoby nam się przytrafić w podróży coś lepszego? :). Podczas spotkania z Panią Ewą Sotomską - dyrektorem biblioteki miejskiej w Działdowie okazało się, że w niedawno wydanej książce pt. '660 lat Działdowa', w rozdziale o muzyce oprócz Kasi Stankiewicz jest wzmianka o mjucie :)

Nasz występ kończył dwudniowe 'Manifestacja Poetyckie' - festiwal wypełniony poezją. Załapaliśmy się na końcówkę części konkursowej, czyli turniej jednego wiersza.

Siłą rzeczy publiczność, siedząca na krzesłach na dnie basenu, była inna niż zazwyczaj i właściwie potraktowaliśmy to jak wyzwanie. Być może dlatego udało nam się dać z siebie tak wiele i zagrać najlepszy tego lata koncert. Dobrze, że na sam koniec letnich występów, bo teraz pora na częstsze próby i na nową muzykę.

'Waking In The Dark' - Hatifnats. To jedna z najładniejszych piosenek jakie w ostatnim czasie usłyszałem, choć nie taka całkiem nowa już.

http://www.myspace.com/hatifnats

30/08/2008 dodał pat

Skłamała, skłamała, z palca wyssała...


...i to w dodatku nie ze swojego, ponieważ pani redaktor Annie Barbarze Czuraj-Struzik z Gazety Działdowskiej nieobecność na naszym czerwcowym koncercie w Działdowie zupełnie nie przeszkodziła w tym, by rzeczony koncert zrelacjonować. Oczywiście dodając coś od siebie. Ale po kolei...

W czerwcu zagraliśmy w Działdowie wspólny koncert z zespołem Amuse Me.
Był dla nas wyjątkowy, bo każdy występ w naszym miasteczku taki jest.
Pierwotnie miał się odbyć w parku, jednak pogoda pokrzyżowała plany, a dodatkowo scena nie miała zadaszenia (o co mieliśmy do organizatora uzasadnione pretensje, bo nas o tym wcześniej nie uprzedził). Zatem zmuszeni zostaliśmy przenieść się do Miejskiego Domu Kultury, gdzie już bez przeszkód zagraliśmy i Amuse Me zagrali i było przyjemnie.

Na widowni zabrakło pani redaktor (to godne pochwały podejście do obowiązków służbowych), jednak w kilka dni później na łamach niestety poczytnej i niestety opiniotwórczej Gazety Działdowskiej ukazał się artykuł podpisany jej nazwiskiem. Myli się ten, kto pomyślał, że w artykule mowa była o muzycznej stronie koncertu. Co to, to nie. Nie zabrakło natomiast akcentu meteorologicznego ( "przez dwa tygodnie w powiecie działdowskim nie spadła nawet kropla deszczu. Nawet stacje meteorologiczne zastanawiały się nad ogłoszeniem stanu klęski spowodowanej suszą, a w dniu koncertu padało bite dwie i pół godziny"), oraz religijnego ("chyba Bóg się na nich obraził - powiedział dwudziestoletni Michał z Działdowa" :) Jednak najbardziej druzgocący był fragment dotyczący mojego zachowania. Dodam, że absolutnie nieprawdziwy - "I być może wszystko byłoby jak należy, gdyby nie zachowanie lidera zespołu mjut, który z sobie tylko znanych przyczyn miał pretensje do organizatorów o to, że pod sceną bawi się mała ilość ludzi". W rzeczywistości słowa nawet nie powiedziałem na ten temat. Skupiliśmy się wyłącznie na muzyce, ale pani redaktor dostrzec tego nie mogła, gdyż była wówczas gdzie indziej...

Nas to tak bardzo nie rusza, bo większe bzdury na swój temat w rodzinnym mieście słyszeliśmy. Jednak proceder polegający na zamieszczaniu na łamach prasy wymyślonych i krzywdzących informacji, tylko dlatego, że się nas nie lubi, zwyczajnie nam się nie podoba. Ponadto zdajemy sobie sprawę, że nie każdy czytelnik jest świadomy poziomu lokalnej prasy i nie każdy lekturę Gazety Działdowskiej traktuje z odpowiednim i zalecanym dystansem. Po trzecie wolelibyśmy, żeby osoby które wspierają naszą działalność poznawały nas przez pryzmat naszej muzyki i osiagnięć, a nie poprzez jakieś paszkwilne sprawozdania. Dlatego właśnie uparliśmy się na sprostowanie i przeprosiny.


Szło opornie. Tak jakby poczatkowo redakcji Gazety wydawało się, że odpuścimy, jeśli nie będzie reakcji. Jednak nie odpuściliśmy i wreszcie doczekaliśmy się wyjaśnienia bez przeprosin, ale nie czepiamy się już szczegółów. Chodziło o to, by nie uszło to na sucho, żeby pani redaktor następnym razem dwa razy się zastanowiła, nim wykorzysta swoją pracę do wyrównywania osobistych rachunków.

W każdym razie pierwszy skandal prasowym mamy już za sobą :)

27/08/2008 dodał pat

mjut jak Tomasz Majewski


Gdy wracałem przedwczoraj z Działdowa do Gdańska w radio usłyszałem głos wzruszonej do granic możliwości mamy Tomasza Majewskiego - naszego sensacyjnego złotego medalisty olimpijskiego, który w piątek tak pchał kulą, że innym pchać się odechciewało. Dziennikarze właściwie nie zadawali pani Majewskiej pytań, bo ona powtarzała wciąż do słuchawki przez łzy, że jest dumna i wciąż jeszcze nie może uwierzyć w to czego dokonał jej syn.

Możecie nie uwierzyć, ale mniej więcej dwadzieścia godzin wcześniej podobnie wzruszeni i dumni byli nasi rodzice, chciaż pozornie my tylko zagraliśmy dobry koncert. Ale to nie mógł być zwyczajny koncert...

To w ogóle spełnieniem można nazwać. Mogliśmy wreszcie pokazać się całemu rodzinnemu miastu. Dyrektor domu kultury i główny organizator mówił o ponad 20 tysięcznej publiczności, która przychodząc posłuchać Dody załapała się również na nasz występ. Sposób w jaki zapowiedział nas pan burmistrz i główny sponsor imprezy też spełnieniem dla nas jest. 'Wizytówka miasta', 'nasza nadzieja' - nie przypuszczaliśmy, że kiedyś tak o nas w Działdowie powiedzą. Chociaż bardzo tego chcieliśmy.

W czasie, gdy te wzruszające słowa ze sceny padały, my też byliśmy na scenie i przygotowywaliśmy sprzęt. Było już całkiem ciemno i kilka razy odważyłem się spojrzeć przed siebie, a tam stało po prostu morze ludzi. Wcześniej bardzo starannie nagłośniliśmy się podczas próby technicznej, choć istaniała realna groźba, że próby nie zagramy wcale, bo dość poważnie spóźniliśmy się na miejsce akcji. Management i muzycy Dody okazali się jednak bardzo wyrozumiali i dali nam możliwość przygotowania się do występu należycie. Starczyło nawet czasu, by skoczyć do domu na obiad (jak kiedyś, gdy graliśmy koncerty w położonym nieopodal klubie Sabat :). Na scenie zamontowano kilka różowych Dodo-gadżetów, czyli futerkowy pink fotel na sznurkach, a właściwie pink huśtawka to była, pink gwiazdę, w tle siatki z Dodo-podobizną oraz wysoki podest ze schodkami. Poproszono nas, by z niego w miarę możliwości podczas koncertu nie korzystać :)

A koncert był taki jak chcieliśmy. Bardzo energetyczny i niezwykle emocjonalny. Nie było miejsca na gadanie, bo chcieliśmy tylko grać. Daliśmy z siebie naprawdę bardzo wiele, zagraliśmy wszystkie piosenki, które mamy przygotowane na letnie koncerty. Gdy po zagraniu Białego Łóżka zeszliśmy ze sceny, muzycy Dody zachęcili nas, byśmy jeszcze wyszli, bo podobało im się! :) Na bis było zatem 'Do końca wszystkiego' połączone z improwizacją. Zupełnie spontanicznie to połączenie nam wyszło. Podczas improwizacji przypomniałem sobie wiele działdowskich mjuto-momentów których, podobnie jak tego koncertu, na pewno nigdy nie zapomnę. Pod koniec rozładowała się bateria w moim odsłuchu dousznym i dwie-trzy piosenki prawie się nie słyszałem, ale to nie było ważne, zwłaszcza że szybko z opresji wybawił mnie akustyk Dody, który był na taką ewentualność przygotowany.

Koncert się skończył. Nawet nie zauważyłem kiedy zaczęła i skończyła śpiewać gwiazda. To był wieczór, podczas którego wiele marzeń nam się spełniło. Soldau Love.

17/08/2008 dodał pat

We sing only in polish


Pobudka o piątej, kłótnia o kolejność w łazience, potem taksówką do Gdyni - byliśmy wcześniej niż prom. Potem czekanie na odprawę, emocje po kłótni o łazienkę opadały i opadły całkowicie, gdy wielka Stena Line przypłynęła do portu. Nasza opiekunka - Agnieszka - pełen profesjonalizm, uczynność oraz biegła znajomość języka lengłidż (bo my posługiwaliśmy się głównie niezwykle uniwersalnym zwrotem 'we sing only in polish' :)

Na promie najpierw spanie, a potem delektowanie się widokami i cydrem gruszkowym. Podróż trwała prawie jedenaście godzin i była przyjemnością samą w sobie. Czysta relaksacja bez tęsknoty za ojczyzną, choć przed wypłynięciem ze wzruszeniem odśpiewaliśmy Rotę techniką mormorando (śpiew z zamkniętymi ustami).

Szwecja - archipelagi jeszcze przed przybiciem do portu w Karlskronie, podstawiony bus i półtoragodzinna podróż do Kalmaru.

Spaliśmy w ładnym, zabytkowym dworku jakieś 100 metrów od morza i zamku na którym graliśmy. Po przyjeździe zjedliśmy kolację (z naszych obserwacji wnika, że Szwedzi jedzą głównie przygotowane na różne sposoby ziemniaki, mięso drobiowe chudziutkie i ryby, na które się niestety nie załapaliśmy).

Po kolacji zagraliśmy krótki koncert dla kilkudziesięciu osób w klubie, który był częścią naszego dworku. Wyselekcjonowaliśmy szybko najłagodniejsze szlagiery, czyli m.in. Do końca wszystkiego, Zorientowani na sukces i Re. Zmęczeni byliśmy, ale słuchaczom się podobało (my ze sceny - we are mjut, z głębi sali - we are good!). Porównywali nas do Szwedzkiego zespołu Kent.

A po koncercie poszliśmy na festiwal, który odbywał się na czterech scenach w mieście. Każda starannie oświetlona i nagłośniona. My poszliśmy na zamek, gdzie na drugi dzień mieliśmy występować. Była to forteca z gatunku bajecznych, zupełnie inna architektura niż u nas, zadbany, oświetlony na fioletowy. Cudo! A teraz ciekawostka: każdy przed wejściem na festiwal był sprawdzany alkomatem :) Posłuchaliśmy trendi szwedzkiego zespołu. Grali fajnie, ale hałaśliwie no i bez klimatu, który preferujemy.

Nazajutrz spacer po uroczym Kalmarze. Wizyta w muzeum, wizyta w rynku, zupełnie inna plaża bez piasku, a woda czysta jak nie wiem. Potem próba w klubie Monokrom (http://www.monokrom.nu/), gdzie zastaliśmy cztery sale do ćwiczenia z identycznym sprzętem (wzmacniacze, perkusja, konsola i urządzenie do pomiaru głośności, które nie wiedzieć czemu podczas naszej próby świeciło się tylko na czerwono). Po próbie wycieczka najdłuższym szwedzkim mostem na wyspę Oland, kimanie i koncert, który był dobry, energetyczny, choć liczba słuchaczy mogła być nieco większa, gdyby nie deszcz, który i przed i po naszym występie padał. Poziom innych, wyłącznie szwedzkich wykonawców, którzy grali przed nami był niezbyt wysoki. Było tak: scena - mur zamkowy - morze. Naprawdę.

Wieczorny spacer po Kalmarze był pożegnaniem z gościnną Szwecją. Nazajutrz wczesnym rankiem powrót do Karlskrony i rejs promem do ojczyzny. Oj chcielibyśmy tam jeszcze wrócić...

14/08/2008 dodał pat

Hydrozagadka


Piątkowy koncert w Warszawie był okazją do wizyty w klubie Stodoła. Przyjemnie było odwiedzić miejsce w którym wydarzyły się nasze najlepsze momenty. Żałuję, że w grudniu ubiegłego roku nie pisałem bloga, bo byłoby o czym Państwu opowiadać...
Z przedstawicielką klubu porozmawialiśmy o naszej płyto-nagrodzie i szczegółach jej realizacji, a potem, w piekielnym upale, smrodzie i hałasie przemieściliśmy się do klubu Hydrozagadka, który na Pradze się mieści. Obieżyświatom tej dzielnicy nie polecam. W klubie było na szczęście chłodno. Miejsca dużo i nawet dość przestronna scena. Znajomych buzi nie brakowało, bo na miejscu byli już członkowie i członkini zespołów Sorry Boys i Amuse Me.
Chwilę po nas do Hydrozagadki dotarła trzyosobowa grupa młodych filmowców z Konina. Aż trudno uwierzyć, że przyjechali stamtąd dla nas wyłącznie, by nakręcić trochę materiału dokumentalnego o mjucie (wywiad, koncert i tak ogólnie), a także by porozmawiać o szczegółach nagrywania teledysku (szczegóły mam nadzieję podać Państwu już wkrótce). Koncert promował wydawnictwo 'mimimax.pl 5' - Piotra Kaczkowskiego (mjut był jedynym zespołem z minimaksa czwórki). Najlepsza muzyka zabrzmiała już na samym początku, bo koncert rozpoczął zespół Amuse Me. Niestety w związku z nieobecnością gitarzysty i zastępstwem krótki był to występ, ale pięknie zagrany Gypsies wynagrodził ten okrojony set. Potem był zagrał zespół Ice Machine i przyszła pora na mjut. Zagraliśmy bez próby i trochę krócej niż zwykle, ale występ się nawet udał i podobał.
Niestety po koncercie ruszylismy od razu w powrotną podróż, która była męcząca i ogólnie parszywa. Zespołów grających po nas (Sorry boys i Marcelle Spirit) nie usłyszeliśmy, ale na pewno jeszcze będzie okazja. Wybiegając teraz trochę w przyszłość:
http://www.kalmarstadsfest.se/114_Festningen

a trochę dalej:
http://www.dzialdowo.pl/?aktualnosci.wszystkie.
887&PHPSESSID=0d5fbe8a36767e4d0bdc0f71c25216a1


Ważne to dla nas wydarzenia, więc trzymajcie kciuki!

04/08/2008 dodał pat

Lipcowe hałasowanie


Koncertowy lipiec w wykonaniu zespołu mjut dobiegł końca. Tak się złożyło, że wszystkie występy zagraliśmy nad morzem, a dwukrotnie nad samym morzem! Ale po kolei...

Zaczęliśmy 12 lipca koncertem w ramach cyklu Gdańsk Dźwiga Muzę przy Bramie Oliwnej, a dla gdańszczan po prostu na Placu Zebrań Ludowych :)
Scena, nagłosnienie i światła podczas tego koncertu były na poziomie światowym, podobno porównywalnym z Openerem! Gdy dotarliśmy na miejsce trwały próby i wszystkie zespoły, a było ich łącznie z nami sześć, rozstawiły już cały swój sprzęt razem z perkusjami, a mimo to dla nas zostało jeszcze całkiem dużo miejsca. Mieliśmy zagrać już o 18, ale przez opóźnienie zaczęlismy ponad godzinę później, dzięki czemu wysłuchało nas pewnie kilkakrotnie więcej osób i światła oraz wielki telebim z tyłu sceny też dały lepszy efekt. Sam występ wspominamy jako udany, momentami bardzo emocjonalny.
Pozostałe zespoły grały muzykę za jaką nie przepadam, ale starałem się słuchać w miarę uważnie. Publiczność rozruszał Hurt. Podobał mi się koncert Lipali, bo lubię taką harmonię, taki wciągający klimat. Do dość alternatywnego towarzystwa nie pasowała IRA, a Comy nie słyszałem, bo zaczęli grać bardzo późno.

Na następny koncert - finał FAMy w Świnoujściu dotarliśmy, jak dawniej, pociągiem. Marcin, Mateusz i Sam jechali z Gdańska przez Koszalin, a ja z Wrocławia, gdzie uczestniczyłem we wspaniałym wydarzeniu, jakim jest festiwal filmowy Era Nowe Horyzonty (polecam bardzo - wyjątkowe filmy, pełne sale kinowe i doskonała organizacja). Spotkaliśmy się wszyscy na stacji Szczecin Dąbie i ruszyliśmy dalej w ostatni etap podróży. Tuż przed Świnoujściem zrobiło się ciemno i rozpętała się burza z piorunami. Pokonując odcinek z pociągu do budynku dworca zmokliśmy całkiem. I kiedy wydawało się, że nasza podróż dobiegła końca, okazało się, że jeszcze musimy przeprawić się promem do właściwej części miasta :) Prom 'Bielik' przy akompaniamencie pioronów przetransportował tam mjutantów i ich sprzęt.
Miejscem koncertu był klub Centrala. Nieduży, ale fajny i wypełniony publicznością po brzegi. Graliśmy jako ostatni i chyba nie było to korzystne, bo podróż była długa i dodatkowa zaczynaliśmy koncert o 2 w nocy. Łącznie z improwizacją zagraliśmy dziesięć piosenek.

A we wtorek, 22 lipca przyjechali do nas nasi najlepsi muzyczni przyjeciele, czyli zespół Sorry Boys z Warszawy. Był to długo oczekiwany przez nas koncert, bardziej nawet z powodów towarzyskich niż muzycznych. Klub i jego lokalizacja były chyba optymalne, bo Papryka w Sopocie jest bardzo klimatyczna, położona nad samym morzem i dobrze się tam gra. Bardzo wdzięczni jesteśmy publiczności, że była i to całkiem liczna, a w porównaniu z naszym koncertem w Papryce sprzed roku było jej chyba trzykrotnie więcej.
Pierwsi zagraliśmy my i było dobrze podobno, tylko jakoś tak strasznie krótko. Chwilę po nas na scenę wszedł zespół Sorry Borys :) i zagrał cudowny koncert, który sądząc po reakcjach słuchaczy i właściciela klubu, nie tylko dla mnie był cudowny.
Po koncercie bawiliśmy się razem na plaży do świtu jak nigdy dotąd, a cały wieczór był chyba najbardziej udanym muzycznym wieczorem odkąd gramy.

Wczoraj byliśmy w Pucku, by zakończyć naszą przygodę z festiwalem Łódźstock. Złożyły się na nią, aż trzy występy (eliminacje w Gdyni, finał w Łodzi i letni finał w Pucku własnie). Na miejscu zastaliśmy scenę z widokiem na Półwysep Helski położoną w Porcie Rybackim. Grać w takich miejscach to dla mnie duży przywilej. Obsługa sceny była profesjonalna i bardzo uczynna, więc nagłośniliśmy się starannie, ale zagraliśmy już niestety mniej starannie, choć pierwsza połowa występu była według mnie udana. Publiczność była nieliczna i raczej turnusowa, ale znalazły się wśród niej osoby, które nas znały i nawet już gdzieś słyszały. Gwiazdą wieczoru był zespół Feel, na którego występie niestety nie zostaliśmy.

Tak tu Państwu będę pisał i opowiadał, bo lubię, a poza tym wiem, że znajdą się tacy, którzy poczytają i to może nawet chętnie :)

Pozdrowienia!

12/07/2008 dodał pat

www.mjut.pl - się doczekaliśmy!


Najpewniej zwykle bywa to tak, że zespół powstaje, chłopaki i dziewczyny (jeśli są) się poznają, wymyślają nazwę, potem piosenkę jedną, drugą, zwrotki i refreny, może nawet je nagrają, pstrykną sobie na łonie natury fociszcze i mniej więcej w tym momencie wpadają na pomysł, by o swoim istnieniu poinformować świat. Do informowania świata o czymkolwiek służy internet.

Znajdują znajomego, który za darmo, albo obcego, który za pijąszki przygotowuje im stronę internetową. Stronę odwiedzaja społeczeństwo. I już. Koniec opowiadania.

Ten nie wymagający cudów schemat niestety nigdy nie dotyczył zespołu mjut. Na palcach jednej ręki nie sposób policzyć tych, którzy przygotowywali nam strony www. W kilku przypadkach nawet je ukończyli, ale potem zwykle następował kolosalny problem z ich aktualizowaniem i strona umierała.

Jednak to wszystko dziś przestaje się liczyć, bowiem www.mjut.pl w nowej odsłonie i mamy nadzieję w pełni funkcjonalna może już cieszyć Państwa i nasze oczy.

Podziękowania dla Łukasza, który stronę oparł na własnym pomyśle, a potem resztę według naszego widzimisia przygotował. Gdybyście potrzebowali strony internetowej, to polecamy współpracę z nim (spinacz933@wp.pl), bo jest przyjemna i owocna.

Jak widać powracam do pisania mjuto-pamiętnika. Dzięki niemu strona będzie żyła, tak myślę.

Zachęcamy do odwiedzania strony i na koncerty.

12/07/2008 dodał pat